
Zawsze naiwnie ciągnęło mnie do idealizmu i zawsze chciałem należeć do grupy.
W dziesiątym roku życia chciałem być ministrantem. Po dwóch dniach zrezygnowałem.
Poczucie fałszu panującego miedzy ministrantami, zakrystianami, wikariuszami naruszało mój naturalny idealizm.
Wolałem pozostać z Bogiem prywatnie. Lęk przed łączeniem się do gupy pozostał mi na stałe.
Wiele lat później, chyba w latach 70tych , ktoś namówił mnie do pójścia na rekolekcje ks.
Tischnera. Pierwszy raz poczułem, że ktoś z Kościoła rozumie to w co wierzy.
Prawda, która od niego płynęła przekonywała, pociągała, budziła nadzieję.
No i tak zaczął się powrót. Bardzo powolny.
Kilkanaście lat temu z swoim synem Janem 4-loatkiem płynęliśmy, a właściwie przedzieraliśmy się pontonem meandrami małej rzeki w Tucznie, a kiedy wypłynęliśmy na jezioro, a właśnie wzbierało na burze,
Janek powiedział zdanie, którego głębia relacji między nim, wszechświatem i Bogiem mną wstrząsnęła i na stałe pozostała. Później młodzieńczy idealizm Janka doprowadził go do anarchistów, do opuszczenia szkoły po dwóch latach nie zaliczenia drugiej klasy liceum. Dopiero fizyczna praca u ogrodnika pozwoliła mu ukończyć "Sorbonę" (z tym ogrodnikiem współpracuję od 2 lat nazywa się Tomasz Chyliński).
W zeszłym roku niespodziewanie Jan rozpoczął studia na KUL-u na wydziale teologii niespodziewanie dla mnie, bo chyba nie dla mojego starszego syna Bartłomieja, który skończył kilkanaście lat wcześniej muzykologię na wydziale teologii ATK i chyba nie tylko w muzyce się zbliżyli. Jan rozpoczął studia w tym czasie kiedy ogłoszono konkurs na Świątynię. Ja miałem pełną determinację żeby zrobić ją jako wyraz mojej wiary w przyszłość świadomą jedności przeciwieństw, w której jedność natury i kultury była dominująca.
Marek Budzyński